Jako Polacy mamy różne cechy, ale chyba jedną z najbardziej lubianych, nawet przez nas samych, jest gościnność. Uginające się od jedzenia stoły, otwarte drzwi, chęć pomocy, a nawet same przysłowia ludowe, mówią wiele o naszej serdeczności nawet dla niespodziewanych gości.
Bardzo się zdziwiłam, kiedy kilka tygodni temu znajome niemieckie małżeństwo zestresowało się bardziej niż ja informacją, że za kilka godzin wpadnie do nas i przenocuje przyjaciel naszych przyjaciół. Powodów ku temu było kilka: bo się nie zapowiedział, bo nie ma nas jeszcze nawet w Szwajcarii (fakt, byliśmy jeszcze w centrum Bawarii), bo nic nie jest przygotowane i w ogóle to tak się nie robi!
Rzeczywiście, w moim rodzinnym domu drzwi były otwarte zawsze dla każdego. Bliskość dworca kolejowego powodowała, że w oczekiwaniu na pociąg, lub gdzieś po prostu po drodze, każdy mógł się u nas zatrzymać. Podczas studiów z takich domów korzystałam sama, podróżując po całej Europie. I nigdy nie miało znaczenia, że z niektórymi osobami po raz pierwszy w życiu widzę się w ich własnym domu, prosząc o nocleg jako koleżanka, przyjaciółka lub krewna kogoś, kogo gospodarz zna. Wychowana w ten sposób zdziwiłam się obiekcjami G&A, którzy sami są bardzo otwartymi osobami. Zaczęłam więc sprawdzać, co o gościnności w ich własnych ojczyznach mają do powiedzenia moi międzynarodowi i szwajcarscy koledzy.
Byłam w pobliżu, to zapukałam
Bez zapowiedzi, na kawę, herbatę można wprosić się niemalże wszędzie, a stopień gościnności zależy od bliskości relacji między osobami. I choć w Kazachstanie mówi się, że niespodziewani goście są gorsi niż Tatarzy, to zanim gość ściągnie płaszcz, "woda w samowarze" już się gotuje. Podobnie jest w Ameryce Łacińskiej, we wszystkich krajach basenu Morza Śródziemnego, Islandii, Czechach i Słowacji, oraz w Holandii na południe od rzeki Moza. Dość często do kawy znajdzie się też coś słodkiego.
W Szwajcarii bywa różnie. Połowa z moich lokalnych rozmówców potwierdziła, że najbliższa rodzina i przyjaciele mogą wpaść bez zapowiedzi. Byli jednak i tacy, którzy zawsze, niezależnie od stopnia koligacji, muszą umawiać się na wizytę wcześniej (sporadycznie nawet dużo wcześniej). W obu przypadkach niechętnie odbierani są dobrzy, ale jednak niezbyt bliscy spontaniczni znajomi. Podobnie opowiadali o sobie Niemcy i Austriacy.
Macie coś do dobrego do zjedzenia
Nieoczekiwane odwiedziny w czasie posiłków już nie są tak miło odbierane. Zdecydowanie nie można tego robić w Szwajcarii, w której do stołu siada się o określonych porach, może nie ustawowo, ale zwyczajowo na pewno: obiad - 12:00, kolacja - 19:00. Poza tym mieszkańcy Helwecji raczej spotykają się w restauracjach.
W krajach niemieckojęzycznych nawet na umówionego, wspólnego, grilla przynosi się, samemu pilnuje i zjada tylko własne jedzenie.
Intruzów nie lubią też Holendrzy, szczególnie ci z północy. Jak wspomniała mi M. (Holenderka z pogranicza niemiecko-, belgijsko-holenderskiego) za rzeką Waal mieszkają protestanci i mają swój uporządkowany świat. Tam też, w przeciwieństwie do dużej części świata, zapraszając znajomych na kawę serwuje się każdemu tylko jedną porcję ciasta, podaną od razu na talerzyku. I nie ma szansy na dokładkę.
Ciekawą historię usłyszałam od Amerykanki, która u siebie w domu skonfrontowała się z polską nieśmiałością. Po wizycie swojego gościa dowiedziała się, że w naszym, polskim zwyczaju jest najpierw trzykrotnie odmówić jedzenia, nawet jeśli jest się głodnym. Ona spytała tylko raz, po odmowie uznała, że spełniała obowiązki gospodyni, a gość po stosownym czasie wyszedł z pustym żołądkiem, bo wstyd mu było się przyznać, że chętnie coś by zjadł.
Mieszkańcy południa Europy, Wschodu i Ameryki Południowej jeśli pozwala na to potrawa, albo doleją wody do rosołu, albo obiorą dwa ziemniaki więcej. W Polsce, Macedonii, Kazachstanie i Chinach odwiedzani potrafią wyciągnąć na stół prawie wszystko, co ukrywa się w lodówce. A kiedy gość już się turla, Włosi stawiają dopiero główne danie.
Nocleg
Przenocowanie kogoś nieoczekiwanego, to już kwestie indywidualne. Wysłuchując moich rozmówców nie znalazłam na to żadnej, geograficznej reguły. Jest jednak pewna korelacja z tymi, którzy ruszali (lub ruszają) w podróż autostopem, z przewodników korzystają sporadycznie, a hotele są im zupełnie obce.
Pewna regularność pojawiła się za to w krajach anglosaskich, w których nawet zapowiadanych wcześniej gości pod swój dach przyjmuje się tylko mając pokój gościnny, najlepiej z gościnną łazienką.
Moi rozmówcy nie są grupą reprezentatywną. Wszystkie przytoczone wypowiedzi i uwagi pochodzą od rodowitych mieszkańców poszczególnych krajów. Nawet jeśli wydają się być stereotypami, to zostały one ustalone przez samych tubylców. Jak zawsze jednak otwartość na drugiego człowieka to sprawa indywidualna. W trakcie wypytywania znajomych usłyszałam opowieść o Szwajcarce, która zaprosiła poznaną podczas konferencji koleżankę do siebie do domu i gościła ją przez tydzień. Była też mowa o pewnej Kazaszce, która zawsze miała przygotowany kapelusz i parasol, i w przypadku niezapowiedzianych wizyt z uśmiechem na twarzy witała swoich gości mówiąc "jak dobrze, że jesteś, szkoda, że właśnie wychodzę".
________
Kiedy myślę o gościnności w muzyce, to od razu przypomina mi się zaproszenie na kolację, które Don Giovanni skierował do Komandora. Zaproszenie, które nie skończyło się dobrze dla zapraszającego. Scena zaproszenia znaleziona dzięki uprzejmości i wiedzy Upiora w Operze.
Zawsze podróżowałam. Nosiło mnie to tu, to tam. W 2015 r. osiadłam na dłuższą chwilę w Szwajcarii. Ten mały, alpejski kraj zaskoczył mnie swoją różnorodnością, która ukrywa się pod płaszczem stereotypów. Mam nadzieję, że kilka z nich zdołam obalić, a kilka innych potwierdzić. Miłej lektury!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 czerwca 2017
Gość w dom
Etykiety:
Ameryka łacińska,
goście,
Gościnność,
Islandia,
lokalne obyczaje,
obyczaje,
Odwiedziny,
Polska.,
stereotypy,
Szwajcaria,
wizyta,
zaproszenie
czwartek, 2 lutego 2017
Patriotyzm jak oddech.
Kiedy kończyłam archeologię, bardzo chciałam napisać pracę magisterską z limesu rzymskiego. Czyli z granicy pomiędzy cywilizowanym, zharmonizowanym, rozwiniętym wysoko kulturalnie i gospodarczo Cesarstwem Rzymskim, a rozdrobnionym, ubranym w skóry i mieszkającym po lasach Barbaricum. Już wtedy uważałam, że granica ma w sobie coś interesującego. Wytwarza się na niej specyficzny mikroświat, w którym żyją jedni i drudzy, myślący tak lub inaczej, lubiący to albo coś zupełnie innego.
Ale granica to też odpowiadanie sobie na pytanie, kim ja jestem.
Takie myśli i różne pytania krążą dookoła mojego fotela expata, w którym obserwuję, oglądam lub słucham doniesień ze świata, ze szczególnym uwzględnieniem szufladkowania i nacjonalizacji.
- Kim jestem i skąd pochodzę?
Na to pytanie odruchowo odpowiadam, że Polką. Ale kiedy ktoś zaczyna się dopytywać w stylu krakowskim o sześć pokoleń wstecz, to już mam problem. Zacznijmy od mamy. Urodziła się pod koniec II wojny światowej na Kresach Wschodnich. Jako berbeć poruszając się raczej za niż przed frontem, z Armią Czerwoną, trafiła na tereny Pomorza. W historiach rodzinnych krążą opowieści o ukrywaniu w dziadkowej piwnicy Niemek przed radzieckimi sołdatami. A ona sama, jak trochę podrosła ruszyła własną drogą ze Słupska przez Kraków do Warszawy.
U taty jest jeszcze ciekawiej. Jeden z pradziadów był Austriakiem, w swych podróżach po Europie postanowił zbudować karczmę w Żurawicy pod Przemyślem i zostać w Polsce na stałe. Drugi z Ukrainy wyruszył do Warszawy. Jego córka, mama mojego taty, spokojnie w stolicy dorosła, ale jako mężatka mieszkała to tu, to tam kolejnym swym dzieciom zmieniając miejsce urodzenia: tata - Wałbrzych, ciocia - Pułtusk, wujek - Przemyśl. A mój tata, po Wałbrzychu, Przemyślu i jeszcze paru miastach ostatecznie wrócił do Warszawy. Jak widać syndrom niespokojnych nóg to część mojego kodu genetycznego.
Dlatego tak ciężko odnaleźć mi się w nacjonalizmie i przypinaniu łatek, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto nim nie jest. Może jako dziecko nie wszystko słyszałam, może niewiele widziałam, ale nie pamiętam pytań o „prawdziwego patriotę”. Gdyby ktoś mnie o to zapytał, te pewnie mówiłabym, podobnie jak i dziś, o rzetelnie płaconych podatkach, o uczeniu się historii i kultury polskiej, o posługiwaniu się językiem, może nawet o słuchaniu Chopina. Ale mogłabym również wspomnieć o tak nieistotnych rzeczach jak: smak zupy ogórkowej, nierzucaniu śmieci na ulicę, czy rozmowie z panem taksówkarzem. Nie potrafię podać definicji patriotyzmu, bo on po prostu jest. I tak samo, jak nie zastanawiam się nad oddychaniem, tak nie kreuję sobie i w sobie obrazu prawdziwego patrioty. Kiedy jednak rozmawiam z moimi tutejszymi znajomymi, to chętnie opowiadam o naszym szeleszczącym języku. Z przyjemnością opisuję nasze zwyczaje świąteczne, weselne, pogrzebowe. W okolicach Wszystkich Świętych jest okazja aby zacytować Mickiewicza. A kiedy pada pytanie o to, co w Polsce warto zobaczyć, to w zależności od zainteresowań rozmówcy opowiadam o: ciszy w schronisku Samotnia, zachwycie stania na Czerwonych Wierchach, przestronności Mazur, kosmopolitycznym Zamościu, XIX wiecznej Łodzi, zawsze punktualnym Poznaniu, szybkiej i stale zmieniającej się Warszawie, dostojnym Krakowie lub różnorodnym Trójmieście. Na miejscu, w Szwajcarii, cieszy mnie podróż Solarisem pomiędzy Locarno a Asconą, okna Fakro zamontowane u znajomych czy obecność w centrum Zurychu salonu Inglota. Miło jest też słyszeć opinię, że Polacy są dobrze wyedukowani, znają języki i mają (póki co) szeroką wiedzę.
Granice mogą być różne, pomiędzy krajami, religiami, społecznościami, firmami, językowe, obyczajowe, kulinarne. Ich przekroczenie zmienia naszą perspektywę, stawia zupełnie nowe pytania. Być może jesteśmy się w stanie czegoś nowego nauczyć, coś więcej zrozumieć. Nawet podróżując po Polsce, mentalnie, infrastrukturalnie, obyczajowo trafiamy raz do carskiej Rosji, raz na Galicję, raz do pruskiego porządku. Nie jesteśmy może tak zróżnicowani jak Szwajcarzy, ale monolitem też nie jesteśmy.
Granice nas kształtują, wymagają samookreślenia i wyciągają to, co jest fundamentem. Na granicy nie można być nikim i znikąd.
Z nacjonalizmem spod zielonego sztandaru bardzo mi nie po drodze. Pod płytkimi hasłami „Polska dla Polaków” można wejść na pokład linii Swissair, bo rachunek ekonomiczny nie ma już barw narodowych. Dlatego daleka jestem od krzykaczy, wolę odmianę cichą, ale konsekwentną. Tę budowaną latami, oczywistą jak oddech, zakorzenioną głęboko, rozpoczynającą budowanie wspólnoty od własnego wnętrza, nawet jeśli jest budowana w fotelu expata, ustawionym w centralnej Szwajcarii.
CDN
Pieśń, cóż mogłoby być innego: Chopin
Ale granica to też odpowiadanie sobie na pytanie, kim ja jestem.
Takie myśli i różne pytania krążą dookoła mojego fotela expata, w którym obserwuję, oglądam lub słucham doniesień ze świata, ze szczególnym uwzględnieniem szufladkowania i nacjonalizacji.
- Kim jestem i skąd pochodzę?
Na to pytanie odruchowo odpowiadam, że Polką. Ale kiedy ktoś zaczyna się dopytywać w stylu krakowskim o sześć pokoleń wstecz, to już mam problem. Zacznijmy od mamy. Urodziła się pod koniec II wojny światowej na Kresach Wschodnich. Jako berbeć poruszając się raczej za niż przed frontem, z Armią Czerwoną, trafiła na tereny Pomorza. W historiach rodzinnych krążą opowieści o ukrywaniu w dziadkowej piwnicy Niemek przed radzieckimi sołdatami. A ona sama, jak trochę podrosła ruszyła własną drogą ze Słupska przez Kraków do Warszawy.
U taty jest jeszcze ciekawiej. Jeden z pradziadów był Austriakiem, w swych podróżach po Europie postanowił zbudować karczmę w Żurawicy pod Przemyślem i zostać w Polsce na stałe. Drugi z Ukrainy wyruszył do Warszawy. Jego córka, mama mojego taty, spokojnie w stolicy dorosła, ale jako mężatka mieszkała to tu, to tam kolejnym swym dzieciom zmieniając miejsce urodzenia: tata - Wałbrzych, ciocia - Pułtusk, wujek - Przemyśl. A mój tata, po Wałbrzychu, Przemyślu i jeszcze paru miastach ostatecznie wrócił do Warszawy. Jak widać syndrom niespokojnych nóg to część mojego kodu genetycznego.
Dlatego tak ciężko odnaleźć mi się w nacjonalizmie i przypinaniu łatek, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto nim nie jest. Może jako dziecko nie wszystko słyszałam, może niewiele widziałam, ale nie pamiętam pytań o „prawdziwego patriotę”. Gdyby ktoś mnie o to zapytał, te pewnie mówiłabym, podobnie jak i dziś, o rzetelnie płaconych podatkach, o uczeniu się historii i kultury polskiej, o posługiwaniu się językiem, może nawet o słuchaniu Chopina. Ale mogłabym również wspomnieć o tak nieistotnych rzeczach jak: smak zupy ogórkowej, nierzucaniu śmieci na ulicę, czy rozmowie z panem taksówkarzem. Nie potrafię podać definicji patriotyzmu, bo on po prostu jest. I tak samo, jak nie zastanawiam się nad oddychaniem, tak nie kreuję sobie i w sobie obrazu prawdziwego patrioty. Kiedy jednak rozmawiam z moimi tutejszymi znajomymi, to chętnie opowiadam o naszym szeleszczącym języku. Z przyjemnością opisuję nasze zwyczaje świąteczne, weselne, pogrzebowe. W okolicach Wszystkich Świętych jest okazja aby zacytować Mickiewicza. A kiedy pada pytanie o to, co w Polsce warto zobaczyć, to w zależności od zainteresowań rozmówcy opowiadam o: ciszy w schronisku Samotnia, zachwycie stania na Czerwonych Wierchach, przestronności Mazur, kosmopolitycznym Zamościu, XIX wiecznej Łodzi, zawsze punktualnym Poznaniu, szybkiej i stale zmieniającej się Warszawie, dostojnym Krakowie lub różnorodnym Trójmieście. Na miejscu, w Szwajcarii, cieszy mnie podróż Solarisem pomiędzy Locarno a Asconą, okna Fakro zamontowane u znajomych czy obecność w centrum Zurychu salonu Inglota. Miło jest też słyszeć opinię, że Polacy są dobrze wyedukowani, znają języki i mają (póki co) szeroką wiedzę.
Granice mogą być różne, pomiędzy krajami, religiami, społecznościami, firmami, językowe, obyczajowe, kulinarne. Ich przekroczenie zmienia naszą perspektywę, stawia zupełnie nowe pytania. Być może jesteśmy się w stanie czegoś nowego nauczyć, coś więcej zrozumieć. Nawet podróżując po Polsce, mentalnie, infrastrukturalnie, obyczajowo trafiamy raz do carskiej Rosji, raz na Galicję, raz do pruskiego porządku. Nie jesteśmy może tak zróżnicowani jak Szwajcarzy, ale monolitem też nie jesteśmy.
Granice nas kształtują, wymagają samookreślenia i wyciągają to, co jest fundamentem. Na granicy nie można być nikim i znikąd.
Z nacjonalizmem spod zielonego sztandaru bardzo mi nie po drodze. Pod płytkimi hasłami „Polska dla Polaków” można wejść na pokład linii Swissair, bo rachunek ekonomiczny nie ma już barw narodowych. Dlatego daleka jestem od krzykaczy, wolę odmianę cichą, ale konsekwentną. Tę budowaną latami, oczywistą jak oddech, zakorzenioną głęboko, rozpoczynającą budowanie wspólnoty od własnego wnętrza, nawet jeśli jest budowana w fotelu expata, ustawionym w centralnej Szwajcarii.
CDN
Pieśń, cóż mogłoby być innego: Chopin
czwartek, 21 kwietnia 2016
Gry i zabawy miejskie
W Polsce, chyba poza szczątkową wersją juwenaliów, nie pozostały nam żadne miejskie tradycje. A w Szwajcarii co chwila coś się dzieje.
Naród pracowity, pilny i dokładny musi mieć swoje igrzyska. Po opisanych już Chilbi i Fasnacht przyszła pora na Sechseläuten - czyli pożegnanie wiosny. Impreza odbywa się w Zurychu i jest tak ważna, że od godz. 12 zamiera w mieście jakakolwiek praca. Wszyscy udają się na plac przed operą aby: oglądać paradę (Umzug jest obowiązkowym punktem każdego wydarzenia!) i stos, na którym zostanie spalony zimowy bałwan tzw. Böögg.
Impreza ta jest świętem cechów. Dostojnie ubrani dostojni członkowie gildii są odpowiedzialni za przygotowania poszczególnych elementów: zabezpieczenie terenu, zbudowanie kładek nad ulicą, aby w tłumie łatwiej było przejść, ustawienie barierek, ławek i oczywiście samą paradę. Nazwa święta wzięła się od dzwonu bijącego po raz pierwszy w czasie letnim o godz. 18 na zakończenie dnia pracy, czyli godzinę później niż zimą.
Najważniejszym punktem jest spalenie bałwana. Im dłużej się pali, tym gorsze będzie lato. Tegoroczny nie dał się i przeszedł do historii jako najbardziej zatwardziały. Böögg ma umieszczone w głowie petardy, których eksplozja kończy mierzenie czasu. Wydarzeniem tym żyje cała Szwajcaria. Gazety, telewizje, portale internetowe w każdy 3 poniedziałek kwietnia rozpisują się tylko o tym. I podobnie jak przy meczach Federera można, przez internet, śledzić doniesienia na żywo. Np. tutaj w kontekście historycznym: Böögg animacja.
Po spaleniu stos jest oddawany „w ręce” gawiedzi, która może upiec przyniesione przez siebie kiełbaski. Feta trwa następnie do późnych godzin nocnych. Rozbawiony tłum korzysta z ustawionych co chwila kramów z piwem i kiełbaskami, pozostawiając po sobie bardzo nieszwajcarski bałagan. Nad ranem jednak Zurych wygląda, jakby żadna impreza w mieście się nie odbyła.
Niestety mój opis pochodzi tylko z tego co usłyszałam i doczytałam. Na żywo nie dane było zobaczyć, ze względu na ogólnorodzinne osłabienie po rotawirusie. Tym bardziej, że lało się z nieba strumieniami, co pewnie było też powodem długiego palenia się Bööga. Czy lato będzie krótkie, dowiemy się za kilka miesięcy.
CDN.
A pieśń. Nie mogę znaleźć dobrego wykonania Breve Regnum - czyli polskiej pieśni żakowskiej na juwenalia. Pozostaje więc świętowanie urodzin Elżbiety II pieśnią z czasów jej imienniczki PIEŚŃ
Etykiety:
co warto zobaczyć,
Gildia,
Kwiecień,
lato,
obyczaje,
Społeczeństwo,
Szwajcaria,
tradycje,
wydarzenia w Szwajcarii,
Zurich,
zwyczaje
Subskrybuj:
Posty (Atom)